Jednym z najsilniejszych bodźców kierujących ludzi w stronę działań magicznych był strach. Obawa przed 1). istotami o nadprzyrodzonym pochodzeniu jak m.in. demony, 2). osobami żyjącymi, ale posiadającymi nawykłe właściwości, oraz 3). strachami o trudnej do odgadnięcia genezie. Biorąc pod uwagę wierzenia występujące w przeszłości wśród Kliszczaków, do pierwszej kategorii można zaliczyć powracające na ziemię dusze samobójców, ludzi zamordowanych, nieochrzczonych dzieci oraz grzeszników (skąpców, oszustów, itp.), którzy przed śmiercią nie uzyskali rozgrzeszenia i nie pozałatwiali ziemskich spraw. Wierzono, że część z nich błąka się po ziemi nie mogąc zaznać spokoju. Miały one przybierać postać demonów – boginek, topielców, zmór, strzygoni, płanetników i światełek. W drugiej grupie znalazły by się czarownice i czarownicy oraz, być może, także niektórzy znachorzy parający się czarami. Do trzeciej należały by zjawy i strachy ukazujące się pod najróżniejszymi postaciami: barana, psa, wiatru, mgły, biało ubranej kobiety czy nikomu nieznanego mężczyzny.

Informacje o niektórych demonach przetrwały w pamięci współcześnie żyjących, starszych wiekiem ludzi, którzy, choć zazwyczaj w nie dają im już wiary, to nadal chętnie o nich opowiadają. Do przekonań rozpowszechnionych w przeszłości należała wiara w występowanie boginek – kobiecych demonów związanych z terenami podmokłymi, jak brzegi rzek, okolice potoków (np. w Trzebuni pod mostem) czy nadrzecznych mokradeł (zwanych młakami). Wyobrażano je sobie jako niekształtne istoty z ogonem. Mówiono, że miały ciemną karnację i długie, obwisłe piersi, które wykorzystywały do prania bielizny zamiast drewnianych kijanek.Najłatwiej można je było zaobserwować o świeci lub o zmierzchu nad brzegiem rzeki. Mówiono, że ich obecność nad potokiem z daleka zdradzał charakterystyczny odgłos kijanek (piersi) uderzających o nadrzeczne kamienie. Boginki prały zazwyczaj bieliznę skradzioną uprzednio kobietom we wsi, do których chciały się za wszelką cenę upodobnić. Podchodząc w ich stronę zachować ostrożność i rozwagę. Jeżeli boginka spostrzegła intruza wpadała w złość, gryzła, drapała, dusiła i biła po twarzy. Największe zagrożenie stanowiła jednak dla noworodków. Wśród Górali Kliszczackich, podobnie jak wśród ludności całych Karpat, panowało przekonanie, że boginki porywają nowonarodzone, nieochrzczone jeszcze dzieci. W zamian miały podkładać swoje, zazwyczaj brzydkie, płaczliwe, niespokojne i wiecznie głodne niemowlaki. Chcąc chronić dziecko należało po pierwsze: nie spuszczać go z oczu nawet na chwilę, po drugie: pod żadnym pozorem nie wpuszczać do domu obcych osób, a po trzecie, mieć w pobliżu gałązkę dziurawca zwanego dzwonkiem – ziela, które jak wierzono, skutecznie odstraszało boginki. Należało je umieścić w kołysce, nosić stale przy sobie zaszyte w fałdach ubrania oraz położyć na progu i parapetach izby. Dzięki niemu boginki miały utrudniony dostęp do pomieszczenia, w którym znajdowało się dziecko. Jeżeli jednak doszło do zamiany, a nieostrożna matka zorientowała się, że zamiast swojego dziecka ma odmieńca, musiała natychmiast podjąć radykalne kroki. Wziąć podrzutka z izby, zanieść na gnojowisko i tam bić brzozową rózgą. Płacz dziecka zmuszał boginkę do oddania właściwego niemowlaka i zabrania swojego.

Z terenami nadrzecznymi, a zwłaszcza z głębinami wiązano istnienie kolejnego demona – topielca, zwanego również utopcem. Według Górali Kliszczackich był on bardzo niebezpiecznym demonem przybierającym postać mężczyzny, dziecka lub zwierzęcia. Potrafił wciągać ludzi w wiry i rzeczne odmęty, w których topił swoje ofiary. Zazwyczaj wabił je kolorowymi wstążkami, czaił się w pobliżu mostów i kładek lub czekał w wodzie na lekkomyślnych ludzi, którzy zażywali kąpieli przed 24 czerwca, czyli przed dniem św. Jana. Wierzono, że po tej dacie, czyli kiedy „św. Jan ochrzci wodę”, staje się ona bezpieczna, a moc topielców słabnie.

Na podmokłych łąkach czyhały także wodzące ludzi po bezdrożach światełka. Były to błądzące ogniki, dusze ludzi zmarłych, które potrafiły tak omamić i zmylić człowieka, że tracił orientację w terenie, gubił się i nie potrafił wrócić na właściwą drogę. Niejednokrotnie opowiadano historię o wędrowcach, którzy błądząc tracili siły, niszczyli ubranie na ostrych krzewach i gubili wśród bagien dobytek. Do wsi wracali wyczerpani do kresu sił, dziękując Bogu, że nie postradali życia. W powszechnym przekonaniu wodzenie przez światełka traktowano jako kara za grzechy.

Równie niebezpiecznym demonem była zmora, zwana także siodełkiem. Ta druga nazwa bezpośrednio wskazywała na rodzaj zagrożenia jaki ze sobą niosła. Pod postacią mgły, cienia lub zwierzęcia nawiedzała śpiących ludzi i przysiadała na piersiach dusząc swoim ciężarem ofiarę. Uwięziony człowiek nie był w stanie się poruszyć, tracił oddech i odczuwał silny ból w klatce piersiowej. Ze zmorą trudno było walczyć, właściwie nie było na nią antidotum. Zdarzało się, że komuś udało się uwolnić z uścisku i zepchnąć demona na ziemię. Rano w tym miejscu odnajdywano mokrą plamę, trochę błota lub smołę.

Ciekawe wierzenia związane były także ze strzygoniem– demonem powstającym wówczas gdy zmarły miał dwie dusze, przy czym tylko jedną ochrzczoną. Ta ochrzczona po śmierci właściciela odchodziła w zaświaty, ta druga pozostawała na ziemi ożywiając nieboszczyka nocą. Według informatorów strzygonie na ogół nie były szkodliwe. Zdarzało się, że kogoś przestraszyły, ale częściej spotykano je podczas wykonywania pracy, do której przywykły za życia. Zdarzało się, że strzygoń pomagał pozostawionej na ziemi wdowie (swojej żonie) w prowadzeniu gospodarstwa: orał, rąbał drewno, siał, na bieżąco reperował sprzęty domowe itp. Podobno był nawet taki, który chciał spać z własną żoną, ale ta odpędziła go zarzucając szkaplerz na szyje.

            Dusza grzesznika mogła po jego śmierci przeistoczyć się również w płanetnika – demona, którego głównym zajęciem było zarządzanie chmurami, deszczem, gradem i błyskawicami. Płanetnicy zazwyczaj pozostawali niewidzialni dla ludzi, słychać było tylko odgłosy ich pracy, gdy rąbali lód lub ciągnęli związane łańcuchami ciężkie, gradowe chmury. Wyobrażano ich sobie jako wysokich, szczupłych mężczyzn, w ociekającym woda ubraniu. Zdarzało się, że płanetnik schodził lub spadał z chmur na ziemie. Jeżeli wówczas ludzie okazali mu pomoc i życzliwość mogli liczyć na wzajemność i ochronę zasiewów przed niszczycielską siłą gradu. Jeżeli jednak byli względem płanetnika nieprzyjaźni, skąpi i złośliwi to czekała ich surowa kara – ulewne deszcze zabierające pola usytuowane nad potokami, powodujące psucie się jarzyn w wyniku przeciągającej się słoty, oraz młócące zboże opady gradu. By ustrzec się przed skutkami gniewu płanetnika należało dzwonnic poświęconym (najlepiej przez biskupa) dzwonkiem loretańskim. Był to niewielki dzwonek umieszczany w specjalnie budowanej kapliczce loretańskiej lub na drzewie. Wierzono, że głos poświęconego dzwonka jest niemiły dla płanetnika i (o ile dzwonienie rozpoczęto zanim chmury przekroczyły granicę wsi), umożliwia jego skuteczne przepędzenie. Jedną z takich kapliczek można zobaczyć na roli U Wilka w Skomielnej Czarnej, inną w skansenie w Sidzinie (przeniesioną z przysiółka Wielka Polana).

            Wiara w istnienie demonów była rozpowszechniona na równi z wiarą w czarownice i ich szkodliwą działalność. Niemal w każdej kliszczackiej wsi wybraną kobietę podejrzewano o kontakty z diabłem oraz posiadanie tajemnej mocy czarowania i rzucania uroków. Obwiniano je w pierwszej kolejności o psucia mleka, odbierania go krowom i owcom, a także wywoływana za pomocą czarów chorób u zwierząt hodowlanych i ludzi. Odbieranie mleka polegało na przenoszeniu mleczności z cudzej krowy na zwierzę należące do czarownicy. Służyły temu różne przedmioty (np. lniana tkanina stosowana do przecedzania mleka tzw. powązka) oraz formuły i czynności magiczne, które potajemnie wykonywała czarownica  (np. zbieranie rosy o świcie, wypowiadanie zaklęć). Psucie mleka mogło być rodzajem zemsty. Czarownica nie mogąc lub nie chcąc „odebrać” go krowie upatrzonej gospodyni powodowała, że nie nadawało się do spożycia – stawało się gorzkie, cuchnące lub zachodziło krwią. Czary mogła rzucić także na bydło – krowy zaczynały puchnąć, pokrywały się strupami lub trudno gojącymi się ranami, nie chciały nic jeść i zdarzało się, że zdychały. By strzec nabiał i zwierzęta przed działalnością czarownic należało je bardzo dobrze pilnować. Nikomu nic nie pożyczać ani nie dawać, a zwłaszcza żadnych przedmiotów, które miały styczność z bydłem. Ponadto budynki gospodarcze (a zwłaszcza stajnię), chronił znak krzyża, namalowany na drzwiach poświęconą kredą lub ząbkiem czosnku.

            Gdy jednak zabiegi te nie pomagały, i mimo wszystko czary zostały rzucone, można było starać się rozpoznać która kobieta we wsi jest czarownicą, a następnie zmusić ją do odczynienia czarów. Jeden z najpopularniejszych sposobów zdemaskowania czarownicy polegał na gotowaniu we wrzącej wodzie lub mleku powązki z powbijanymi szpilkami. Zabieg ten powodował piekący ból u osoby, która zadała czar. Czarownica nie mogąc wytrzymać bólu, przybiegała i prosiła o zdjęcie garnka z ognia. Był to moment, w którym należało zażądać usunięcia czarów. W przypadku oporów ze strony czarownicy należało podsycić ogień pod garnkiem.

Czarownice znane były również z umiejętności rzucania uroków za pomocą urocznych oczu. W wyniku „złego spojrzenia” ludzie dostawali mdłości, ostrych bólów głowy lub silnej gorączki. Urok oprócz ludzi dosięgał także zwierzęta, które stawały się niespokojne lub chore, a także roślin – kwiaty schły i obumierały. W przypadku choroby z uroku nie pomagały rady żadnego lekarza. Urok należało odczynić przy pomocy wody, węgielków z pieca oraz odpowiednich zaklęć i modlitw. Zazwyczaj trudniły się tym kobiety w podeszłym wieku, ale zdarzało się, że umiejętność odczyniania uroku posiadały również młodsze gospodynie. Prostszy sposób polegał na natychmiastowym ściągnięciu koszuli lub spódnicy z chorego. Należało ją następnie odwrócić na lewą stronę, napluć trzy razy i przetrzeć twarz (gdy bolała głowa) lub okolice pępka (jak występował ból brzucha), kierując dłoń w lewą stronę. Małe dzieci starano się ochronić przed urokiem wieszając im przy kołysce (współcześnie przy wózku) czerwoną wstążeczkę.

 

Katarzyna Ceklarz

 

Wykorzystana literatura:

Flaga, Kto się urodził, ten umrzeć musi, Tenczyn 2010; U. Janicka-Krzywda, K. Ceklarz, Czary góralskie, Zakopane 2014; J. Masłowiec, Demonologia i czary, [w:] Kultura ludowa Górali Kliszczackich, K. Ceklarz, J. Masłowiec (red.), Kraków 2015, s. 405-436.