Oprócz  wykwalifikowanych lekarzy chorym pomagali także tzw. felczerzy. Najbardziej cenionymi byli ci, którzy wcześniej zdobyli profesjonalne doświadczenie medyczne, np. pewien  felczer z Dobroniowia, który nabył swych umiejętności podczas służby wojskowej, kiedy to praktykował przy wykwalifikowanym lekarzu. Powszechnie znany był także  aptekarz  z Jodłownika, zwany przez społeczeństwo  „Wujciem”.

Z uciążliwym bólem zęba cierpiący udawali się zaś do pewnego gospodarza, mieszkającego we wsi Mstów, który zwykłymi obcęgami, „na żywo”, czyli bez żadnego znieczulenia, umiał  zęba usunąć. Miejscowe akuszerki pomagały rodzącym w domu kobietom, które, niestety często umierały podczas porodu lub w połogu.

W pamięci miejscowych ludzi zapisało się kilku znanych i skutecznych znachorów oraz „naprawiacy’. Jednym z najbardziej znanych w okolicy był pewien „chłopina z Pasierbca”, który leczył ludzi „z moczu”. Na podstawie obserwacji wyglądu moczu chorego stawiał diagnozę i zalecał leczenie ziołami, własnoręcznie sporządzonymi miksturami i maściami lub innymi naturalnymi sposobami. Jeszcze na początku XXI wieku jego córka, przejąwszy umiejętności i talent ojca, leczyła chorych, którzy przyjeżdżali do niej z najdalszych zakątków Polski. Bardzo znaną „naprawiackom” była pewna kobieta z Krasnego – Lasocic, która umiała poskładać najbardziej połamane kości, czy zwichnięte stawy.   W II połowie XX wieku,  po jej śmierci,  dzieło to kontynuował jej syn, a obecnie w ten sam sposób pomaga ludziom jej wnuk. 

Do dziś jeszcze w tradycji ludowej utrzymuje się irracjonalna wiedza medyczna, która ściśle wiąże się z wierzeniami ludowymi i magią. W XIX wieku istniało na wsi przekonanie, że najwięcej chorób bierze się „z rzucanio uroków”. Mówiło się wtedy, że ktoś kogoś „urzykł” albo „zazinoł”. Chory lub inaczej „zazinioty” najczęściej stawał się blady, nadmiernie się pocił i wił się w konwulsjach tak długo, dopóki ktoś inny nie „odczynił uroków”. „Zazinąć” mógł każdy: ten, kto źle spojrzał, zazdrościł czegoś, ktoś, kto się nagle zdziwił lub coś pochwalił.  Nie każdy jednak potrafił  te uroki „łodcynić ”. Najprostszym sposobem „łodcyniania uroków” było potarcie chorego znoszonymi „gaciami” lub noszoną przez kobietę koszulą, odwróconą na „lewą” stronę. Jeśli to nie pomagało, zamawiało się „łodcyniacy uroków”, którzy wrzucali do garnuszka rozżarzone węgle z pieca i zalewali je wodą, aby później tą wodą z węglami oblać cierpiącego. Jeśli i ten sposób nie pomagał, „łodcyniac uroków”, a częściej jednak „łodcyniacka”, odmawiała trzy razy „Ojcze nasz”
 w „zod”, czyli zaczynała od „amen”, a kończyła na „Ojcze”. Najstarsi ludzie podają, że takiego sposobu  odmawiania modlitwy należało się uczyć bardzo długo, aby się nie pomylić, ponieważ pomyłka skutkowała ponoć wielkim nieszczęściem, tak dla chorego jak i dla „łodcyniaca uroków”.

Na najbardziej popularne choroby, tj. kaszel, katar, zatrucia pokarmowe, czy postrzał  chorujący stosowali lekarstwa pochodzenia roślinnego lub zwierzęcego. Były to wszelkiego rodzaju zioła: rumianek, dziurawiec, mięta, piołun, centuria, rozmaryn, żywokost, babka, krwawnik, mniszek lekarski, lipa i wiele innych. Na przykład na stłuczenia, złamania
i obrzęki miejscowi zielarze stosowali żywokost i babkę, często też polecali okłady z liści kapusty; zatrucia pokarmowe leczyli piołunem, rumiankiem, dziurawcem oraz miętą; czosnek, napar z lipy, szałwię, malinę,  syrop z mniszka  stosowali na przeziębienia i kaszel, zaś krwawnikiem tamowali krwotoki. Lista  ziołowych leków jest bardzo długa, bardzo liczne można by wymieniać przykłady ich zastosowania. Warto wspomnieć, że cierpiący na bóle reumatyczne, specjalnie drażnili pszczoły, aby ich żądliły lub celowo tarzali się
w pokrzywach, wierząc, że jad pszczeli i parząca wydzielina  pokrzyw mają działanie lecznicze. Obok produktów roślinnych bardzo często wykorzystywano leki pochodzenia zwierzęcego, np. bolące miejsca okładano skórką z kota, wierząc, że „wygrzeje i wygoni chorość” z człowieka. Na oberwania, postrzały czy stany zapalne powszechnie wykorzystywano smalec z borsuka, jeszcze częściej z psa lub gęsi. Smarowano nim bolące miejsca i podawano je do picia. Na rany przykładano pajęczynę z chlebem i „kornikowymi” trocinami, zaś na bóle reumatyczne stosowano wyciąg z mrówek zalanych spirytusem, powszechnie też stosowano pijawki do wyciągania „złej krwi”. Wierzono, że woda pochodząca z niektórych źródełek, zwanych świętymi,  niweluje lub łagodzi różne dolegliwości, dlatego też przemywano nią zaropiałe oczy, płukano gardła oraz obmywano rany. Poza wymienionymi lekami stosowano różne metody terapeutyczne, np. stawianie na przeziębienia baniek suchych i ciętych, masaże, itp.

Najstarsi ludzie powiadają, że w Wilkowisku biło źródełko, które pozwalało określić czy chory wyzdrowieje, czy umrze. W tym celu do źródełka wrzucano monety
 i obserwowano zachowanie wody. Jeśli woda po wrzuceniu monet zachowywała się spokojnie, pacjent mógł się spodziewać powrotu do zdrowia, natomiast burząca się i kipiąca, wróżyła choremu rychłą śmierć.

Bardzo częstą dolegliwością, na którą skarżyli się dorośli i starsze dzieci było tzw. „oberwanie”, czyli  ból w pasie spowodowany zbyt ciężką pracą i dźwiganiem. Powszechnie uważano bowiem, że podczas dźwigania ciężarów mogło nastąpić tzw. „obluzowanie” żył podtrzymujących żołądek, w wyniku czego żołądek miał się przesunąć w dół. Aby ulżyć choremu w cierpieniu, nacierano jego brzuch z dołu do góry, nigdy odwrotnie,  borsuczym, psim lub gęsim sadłem. Po wysmarowaniu podwiązywano cierpiącemu brzuch lnianymi szmatkami. W skrajnych przypadkach, kiedy inne sposoby nie przynosiły ulgi, chorych ustawiano głową w dół i trzymając ich za nogi,  potrząsano nimi, aby żołądek mógł „wejść na swoje miejsce”.

Dorosłym  często doskwierał ból żołądka, który leczono naparem z centurii
 i piołunu, podawano także wódkę z pieprzem. „Zatwardzenie”, czyli obstrukcję leczono ciepłą serwatką lub kwaśną śmietaną, a na biegunkę stosowano sok z borówki czarnej, węgiel drzewny i napar z czerwonego szczawiu.

Od dawna zdawano sobie sprawę, że niektóre choroby są zakaźne, np. tyfus, cholera, odra, ospa czy zimnica (malaria, febra), dlatego chorych zakaźnie izolowano od innych mieszkańców. Najwięcej ludzi umierało na tyfus, zdarzało się, że z dziesięcioosobowej rodziny epidemię przeżył tylko jeden chorujący. Tyfus starano się leczyć alkoholem, wiedząc, że ma on właściwości odkażające. 

Podczas I i II wojny  światowej  powszechnie występującą chorobą była zimnica, która charakteryzowała się występującą przez kilka dni gorączką, podczas której chory miał drgawki – „trzepało go zimno”. Malarię leczono, ogrzewając chorego przy piecu i pojąc go gorącą herbatą.

Brak higieny i dostępu do środków higienicznych powodowały, że ludzie często cierpieli na choroby skóry. 

Do najbardziej popularnych należał świerzb, który objawiał się dokuczliwym swędzeniem naskórka i licznymi zmianami skórnymi. Chorobę tę leczono poprzez zmiany temperatury ciała, np. najpierw kąpiel w przerębli, później rozgrzewanie ciała w gorącym piecu chlebowym.

Na liszaje stosowano krew menstruacyjną, ale tylko od obcej kobiety, natomiast tzw. „żabę”, czyli obrzęk języka z towarzyszącym ślinotokiem likwidowano święconą wodą, którą płukano usta.

Na rany przykładano zioła, najczęściej krwawnik, liście babki lancetowatej lub liście kapusty. Kapustą leczono także stłuczenia i obrzęki, na które przykładano także białko jaja kurzego. Jeśli ktoś miał łamliwe kości, aplikowano mu miksturę złożoną z wody
i  wysuszonej skorupki jajka, którą należało utrzeć na proszek.  Na użądlenia przez osy lub pszczoły przykładano chłodny kamień, nóż lub inny metalowy przedmiot. W przypadku porażenia człowieka przez piorun zakopywano go do ziemi po szyję, wierząc, że ziemia wyciągnie z niego energię.

Uciążliwą dolegliwością mieszkańców wsi był tzw. „kołtun”, którego przyczyną był brak higieny głowy. Ponieważ ludzie bardzo rzadko myli włosy, nieczęsto też się strzygli, skosmacone i sfilcowane włosy były posklejane łojem i stawały się siedliskiem wszy. Kołtunowi często towarzyszyło przekonanie, że powstał on w wyniku „rzuconego uroku”, obawiano się także, że usunięcie kołtuna może spowodować śmierć jego właściciela. Przekonania te sprawiały, że zamiast pozbyć się kołtuna przez jego rozczesanie lub ścięcie, stosowano magiczne metody mające na celu chronienie chorego przed jeszcze większym „nieszczęściem”. Jednym ze sposobów było przykładanie do czoła owczej wełny, w którą wcześniej trzy razy napluto.

Najtrudniejszymi do wyleczania były choroby psychiczne. Ludzi dotkniętych nimi nazywano „głupimi”. Wierzono, że choroby te powstają ze strachu, mówiono, że ktoś się „zdrygnoł” i „nerwy mu posły do głowy”. Choremu psychicznie doradzano, aby zabrał się do pracy i przestał myśleć, „to mu przejdzie”. Ludzie, dotknięci choroba psychiczną, stawali się w swoim środowisku przedmiotem kpin i żartów, a dla najbliższej rodziny byli oni niezwykłym ciężarem i przedmiotem wstydu, dlatego bardzo często chorzy psychicznie byli  izolowani i pozbawieni podstawowych wygód. Zdarzało się, że byli oni przez swoich krewnych przetrzymywani i więzieni przez wiele lat w bardzo prymitywnych warunkach, co pogłębiało ich chorobę oraz sprawiało, że zupełnie tracili kontakt z rzeczywistością. Przy ogólnym braku zrozumienia i niemożliwości otrzymania pomocy, chorzy psychicznie często popełniali samobójstwa.

Najwięcej chorób w dawnych czasach doskwierało małym dzieciom. Już w wieku niemowlęcym podawano maleństwu napar z kminku i zakładano mu na brzuszek kompres
z wody, spirytusu oraz rozgrzanych kamyczków, aby ulżyć w bolesnej kolce jelitowej.
W nieco starszym wieku niestrawności i bóle brzucha leczono u dzieci herbatą z rumianku,
a na zaparcia stosowano kwaśną śmietanę. 

Bardzo częstą chorobą wieku niemowlęcego była krzywica, której przyczyny dopatrywano się w „złych mocach” i bardzo często dzieci z dużymi głowami oraz pękatymi brzuchami nazywano „odmieńcami”, wierząc, że dziecko zostało przez „złe” (boginki, duchy) podmienione. Aby zapobiec złym mocom i rzuceniu uroków, bardzo często do powijaków niemowlęcia przypinano czerwoną wstążkę lub sznurek, co miało, według wierzeń, chronić dziecko przed podmienieniem i „rzuceniu uroków”. Ciekawe jest jednak to, że nie znając nazwy ani przyczyny powstawaniu krzywicy, intuicyjnie i na „swój sposób” zapobiegano koślawości nóg u niemowlęcia, krępując je tak ciasno w powijakach, że dziecko nie mogło poruszać rączkami i nóżkami. Uważano bowiem, że takie ciasne powijanie dziecka sprawi, że będzie miało idealnie proste nóżki.

Nocne lęki i uciążliwy płacz u niemowląt bardzo często tłumaczono tzw. „przeloknioniom’, czyli nagłym przestraszeniem się niewyjaśnioną sytuacją. Aby uwolnić dziecko od dolegliwości, należało najpierw wyjaśnić, co było przyczyną przestrachu. W tym celu nad główką niemowlęcia trzymano miskę z wodą, do której przelewano gorący wosk.
Z figury zastygłej z wosku odczytywano, czego dziecko się przelękło: jeśli było to zwierzę, palono kawałek jego sierści, jeśli zaś człowiek, spalano kilka ludzkich włosów.

Na przeziębienia i kaszel podstawowym lekarstwem tak dla niemowląt, jak i dzieci starszych  było stawianie baniek (suchych i ciętych), zaś bóle gardła leczono, płucząc je wodą z solą, wywarem z rumianku; pomagało także okładanie szyi serwatką lub tłuczonymi, ugotowanymi ziemniakami oraz gorącymi ziarnami owsa. Za najlepsze lekarstwo na katar uznawano czosnek, który był podawany do jedzenia i wdychania. 

Ospa i odra to zakaźne choroby, na które chorowały przede wszystkim dzieci. Nazywano je „krostami” albo „dziobami”, a leczono je ogrzewaniem ciała chorego i bardzo uważano, aby go nie zawiało zimne powietrze.

Inne groźne choroby zakaźne wieku dziecięcego, takie jak dyfteryt, szkarlatyna czy koklusz, nie były specjalnie rozpoznawane i  leczone. Łagodzono jedynie objawy tych chorób, np. ból gardła przy dyfterycie lub kaszel przy kokluszu leczono w taki sam sposób, jak przy bólu gardła, czy uporczywym kaszlu.

Choroba od zawsze stanowiła poważne zagrożenie dla człowieka. W dawnych czasach, kiedy dostęp do medycyny był utrudniony, starano sobie radzić z chorobami
w sposób oparty na wierzeniach ludowych. Chęć  zapewnienie zdrowia sobie i najbliższej rodzinie wpływała na rozwój medycyny ludowej, której pewne elementy funkcjonują do dnia dzisiejszego.

Halina Gocal

 

Wykorzystana literatura:

Maria Brylak, Medycyna ludowa [w:] Maria Rydlowa, Monografia Powiatu Myślenickiego, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1970.; Kazimierz Piwowarczyk, Kostrza – wieś powiatu limanowskiego, praca wykonana w Katedrze Ekonomiki i Organizacji Rolnictwa Wyższej Szkoły Rolniczej w Krakowie, Kraków 1968.; Kazimierz Piwowarczyk, Pomiędzy Cietniem a Kostrzą, Tarnów 1998,; Kultura ludowa Górali Zagórzańskich, pod red. Urszuli Janickiej - Krzywdy, Kraków 2013.; Piękna jest Szczyrzycka Ziemia, Związek Szczyrzycan, Wydawnictwo Fundacja, Nowy Sącz 2006.